Szkodzi Unii, ale Polska poniesie jego naprawdę dotkliwe konsekwencje. Wszystko, co musisz wiedzieć o artykule 7 TUE

Paweł Musiałek | 05-01-2018 21:45:46 | zajmie Ci przeczytanie tego artykułu
Szkodzi Unii, ale Polska poniesie jego naprawdę dotkliwe konsekwencje. Wszystko, co musisz wiedzieć o artykule 7 TUE
www.flickr.com/photos/europeancouncil_meetings/

Pogorszenie wizerunku Polski nie będzie jedyną konsekwencją uruchomienia procedury z artykułu 7 Traktatu o Unii Europejskiej. Skutki niebezpiecznej gry z Brukselą będą prawie na pewno dużo poważniejsze: nie tylko na poziomie symbolicznym, ale w konkretnych sprawach, które mamy do załatwienia w Brukseli i z innymi państwami.

Komisja nie podejrzewała, że konflikt zajdzie tak daleko

Dla porządku zacznijmy od przypomnienia faktów. Komisja Europejska 20 grudnia 2017 r. podjęła decyzję o przejściu do nowego etapu procedury monitorowania stanu praworządności w poszczególnych państwach członkowskich. Po otrzymaniu sygnału dotyczącego ryzyka naruszenia praworządności i prawie 2-letnim okresie dialogu z polskim rządem, Komisja postanowiła uruchomić mechanizm prewencyjny przewidziany przez art. 7 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej. Stanowi on, że m.in. na wniosek Komisji Europejskiej Rada większością 4/5 głosów państw członkowskich i po uzyskaniu zgody Parlamentu Europejskiego (który podejmuje decyzję w tej kwestii większością kwalifikowaną 2/3) może stwierdzić istnienie wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez państwo członkowskie wartości, o których mowa w art. 2 (tj. „Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości”).

Warto podkreślić, że Komisja zdecydowała się na mechanizm prewencyjny, a nie mechanizm sankcyjny przewidziany w art. 7 ust. 2. Ten drugi przewiduje głosowanie nie przez Radę, ale przez Radę Europejską i nie nad „ryzykiem wystąpienia naruszenia”, ale wprost nad naruszeniem wartości UE. Wybór ten został dokonany ze względu na brak wiary w powodzenie głosowania przewidzianego w procedurze 7 ust. 2, który wymaga od państw członkowskich jednomyślności. Postawa Viktora Orbana, który od początku deklarował poparcie dla polskiego rządu, jest bowiem wystarczająca do tego, aby głosowanie uczynić nieskutecznym. Gdyby tak się stało, byłaby to porażka Komisji Europejskiej, a przynajmniej tak zostałoby to odebrane, ponieważ to Komisja wszczęła postępowanie. Wybór procedury przewidzianej w art. 7 ust. 1 wynika więc z politycznego realizmu, który podpowiada zagrać o mniejszą stawkę, ale łatwiejszą do wygrania. Wybranie procedury w sprawie ryzyka naruszenia, a nie naruszenia sensu stricte nie jest więc pierwszym etapem sankcyjnym. Nikt dziś nie wierzy, że nawet jeśli zostanie zebrana większość 4/5 głosów, to zmieni to postawę Węgier i Rada zawiesi niektóre prawa, z prawem głosowania w Radzie włącznie.

Po co Komisja wszczęła procedurę, skoro na jej końcu nie widać widoków na skuteczne ukaranie Polski? Czy po to, aby w ciągu najbliższych 3 miesięcy Polska, widząc powagę sytuacji, wycofała się z reform wymiaru sprawiedliwości?

Taka odpowiedź wydaje się zgodna z duchem uruchomionej procedury prewencyjnej, ale nie z faktami, na które składają się kolejne komunikaty Komisji i polskiego rządu w tej sprawie. Dla przypomnienia – Komisja ma wątpliwości wobec aż 13 ustaw, które odnoszą się do funkcjonowania sądownictwa w Polsce. Przez okres prawie 2 lat dialogu z Polską wystosowała cztery zalecenia (z 27 lipca 2016 r., 21 grudnia 2016 r., 27 lipca 2017 r., 20 grudnia 2017 r.) zawierające rekomendacje zmian, które kwestionują niemal wszystkie reformy wymiaru sprawiedliwości przeprowadzone w Polsce w ciągu ostatnich 2 lat. Przypomnijmy, że w rekomendacjach Komisja wzywa rząd Polski m.in. do:

– zmiany ustawy o Sądzie Najwyższym tak, aby nie stosowano obniżonego wieku emerytalnego wobec obecnych sędziów, zniesiono swobodę decyzyjną Prezydenta RP odnośnie do przedłużania kadencji sędziów Sądu Najwyższego, a także by wyeliminowano postępowanie na podstawie skargi nadzwyczajnej dające możliwość ponownego otwarcia spraw, w których prawomocny wyrok zapadł wiele lat temu;

– zmiany ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa tak, aby nie przerywano kadencji sędziów-członków Rady oraz by zapewniono, że nowy system gwarantował będzie wybór sędziów-członków przez przedstawicieli środowiska sędziowskiego;

– przywrócenia niezależności i legitymacji Trybunału Konstytucyjnego przez zapewnienie, że Prezes i Wiceprezes będą wybierani zgodnie z prawem oraz że wyroki Trybunału będą publikowane i w całości wykonywane;

– zmiany lub wycofania ustawy o ustroju sądów powszechnych, w szczególności wyeliminowania nowych uregulowań dotyczących wieku emerytalnego sędziów, w tym swobody decyzyjnej Ministra Sprawiedliwości do przedłużania kadencji sędziów oraz wyznaczania i odwoływania prezesów sądów;

– powstrzymanie się od działań i oświadczeń publicznych, które podważają legitymację wymiaru sprawiedliwość.

Powyższa lista dowodzi, że przestrzeni na dyskusję w zasadzie nie ma. Aby zaspokoić oczekiwania Komisji polski rząd musiałby cofnąć w zasadzie wszystkie reformy w obszarze, które od zawsze Prawo i Sprawiedliwość z liderem partii na czele wskazywał jako obszar patologii i wymagający rewolucyjnych zmian.

Mając na uwadze ten kontekst, a także bezowocny dialog prowadzony przez Komisję przez 2 lata oraz inne pola starć Polski z Brukselą, naiwne jest założenie, że KE dostrzega w procedurze prewencyjnej szansę na zmianę stanowiska polskiego rządu.  

Po co więc Komisja rozpoczynała procedurę? Odpowiedź może być tylko jedna. Sama groźba rozpoczęcia procedury przez Komisji miała być, w jej założeniu, wystarczającym środkiem nacisku na Polskę, aby Warszawa wycofała się z wprowadzanych zmian. Rozpoczynając ten proces, Komisja nie zakładała, że dojdzie on do obecnego etapu. Należy przyznać, że podstawy tego założenia były mocne. Otóż Komisja uruchomiła procedurę przewidzianą w art. 7 po raz pierwszy w historii. Nie tylko więc polski rząd spotkał się z nową sytuacją polityczną. Także Komisja zapewne nie była pewna, co zrobić w sytuacji determinacji polskiego rządu i obrania przez Polskę strategii konfrontacyjnej.

Procedura prewencyjna jest więc swego rodzaju aktem nie siły, ale… bezsilności. Stanowi „kukułcze jajo” podrzucone przez bezradną Komisję prezydencji bułgarskiej, która zgodnie z procedurą teraz przejmuje „temat”.

Fundamenty sporu Komisji Europejskiej i PiS

Polski rząd przyjął narrację obronną polegającą na deprecjonowaniu intencji Komisji i wskazaniu na niesprawiedliwe traktowanie ze względów ideologicznych. Przedstawiciele Komisji bronili się wskazując, że KE działa tylko i wyłącznie w oparciu o prawo i nie ma miejsca na subiektywne traktowanie państw. Kto ma rację w tym sporze?

Zacznijmy od narracji rządu. Otóż należy częściowo zgodzić się z tezą mówiącą o odmiennym traktowaniu poszczególnych państw przez Komisję. Należy jednak dodać, że jej źródłem nie jest, jak to widzi PiS, niechęć do partii Kaczyńskiego jako takiej, ale trzy ważne napięcia ideowe.

Po pierwsze, fundamentalny spór ideowy między Komisją a PiS wywodzi się z innej odpowiedzi na pytanie czym ma być integracja europejska i jaką rolę mają w niej pełnić unijne instytucje, takie jak Komisja. Popieranie przez PiS wizji Unii jako Europy Ojczyzn, czyli współpracy w pełni suwerennych państw, oznacza kwestionowanie zasadności pogłębiania integracji europejskiej, a zatem także roli ponadnarodowych instytucji, których kompetencje są wprost proporcjonalne do zakresu integracji. Nie trudno odgadnąć, że taka wizja nie podoba się Komisji. Instytucja ta, wraz z Parlamentem Europejskim, od zawsze była promotorem odwrotnego kierunku: zacieśniania integracji europejskiej poprzez przenoszenie kompetencji z poziomu państw na poziom unijny. Transferowi temu towarzyszyło zwiększanie zakresu władzy instytucji odpowiedzialnych za tworzenie i egzekwowanie prawa unijnego. Między innymi z tego partykularnego powodu Komisja odnosi się nieprzychylnie do podmiotów kwestionujących jej polityczną pozycję.

Drugą ważną osią konfliktu, uzasadniającą spór „dobrej zmiany” z Brukselą jest faktyczna różnica w odniesieniu do dziedzictwa tradycji liberalnej. To spór nie tylko między PiS a samą Komisją, ale między PiS a istotnym fundamentem tradycji politycznej, na jakiej zbudowana została nie tylko UE, ale także państwa Europy Zachodniej. Tą tradycją jest założenie, że demokracja nie może być „tyranią większości” i w związku z tym konieczne są dwa istotne „hamulce” ograniczające wolę polityczną podmiotów sprawujących władzę, niezależnie od wyborczego wyniku. Tymi hamulcami są zasady państwa prawa rozumiane jako m.in. prawa człowieka oraz autonomia wymiaru sprawiedliwości wobec rządu. PiS dokonujący destrukcji instytucji mających stanowić zabezpieczenie przed tyranią większości parlamentarnej i powołujący się na demokratyczny mandat staje się więc ucieleśnieniem obaw, które były bodźcem do budowy tych „hamulcowych”.

Wreszcie, trzecim obszarem konfliktu ideowego jest spór światopoglądowy o rolę jednostki i wspólnoty. PiS jest antyliberalny także w sensie kwestionowania jednostki jako punktu wyjścia wszelkiej refleksji nad ładem społecznym. Większy nacisk na wspólnotę narodową, co proponuje PiS, rodzi istotne napięcie. Komisja (znów podobnie jak Parlament Europejski) podkreśla jako swój cel konieczność ochronę interesów przede wszystkim obywateli państw członkowskich, a nie państw. To wynika z chęci wzmocnienia przez KE i PE ponadnarodowej tożsamości obywateli Unii Europejskiej, dzięki której instytucje UE zostałyby wzmocnione bezpośrednią legitymizację kosztem legitymizacji pośredniej. Przez to uniezależniłyby zgodę na działanie od woli rządów państw członkowskich. W założeniach Komisji Unia Europejska nie ma stanowić jedynie pragmatycznej wartości dodanej, ponieważ tożsamość UE nie jest wtórna wobec tożsamości państw, jak proponuje PiS, ale równoległa wobec niej. Należy jednak podkreślić, że i w tym przypadku Komisja występuje nie jako główny antagonista PiS, ale raczej rzecznik liberalnych elit, które promują wizję Europy ponadnarodowej. Warto podkreślić, że szczególnie ta ostatnia oś sporu łączy PiS z Orbanem.

Komisja Europejska nie jest Trybunałem Konstytucyjnym

Wróćmy zatem do narracji Komisji. Czy rację mają jej przedstawiciele, którzy podkreślają apolityczność KE i działanie tylko „w zgodzie i na skutek prawa”?

Należy pamiętać, że prawo europejskie, jak każdy system prawa, jest zbiorem abstrakcyjnych reguł, które poddają się wariantywnej interpretacji. Im wyższy poziom ogólności prawa, tym większa paleta interpretacji.Rozważana procedura naruszenia wartości UE jest tego świetnym przykładem.

Sam Traktat definiuje jedynie państwo prawa jako wartość UE, ale nie precyzuje, gdzie znajduje się granica między swobodą kształtowania reform wymiaru sprawiedliwości a autonomią sądownictwa i niezawisłością sędziów. Te granice w poszczególnych państwach przebiegają w różnych miejscach, więc nie ma jednej, uniwersalnej odpowiedzi.

Przestrzeń, jaka pojawia się między abstrakcyjną regułą a konkretnym zastosowaniem prawa jest więc naturalnym obszarem politycznego „targu” między Komisją a poszczególnymi państwami w wielu dziedzinach. Ona jest więc praźródłem nie tyle zróżnicowanego traktowania państw przez Komisją „na starcie”, co różnego efektu negocjacji państw z KE. Możemy znaleźć wiele przykładów, kiedy na podstawie tych samych przepisów Komisja inaczej oceniała poszczególne państwa. Wynikają one jednak z bardziej złożonych pobudek, aniżeli przedstawiane przez polityków PiS.

Po pierwsze, w unijnych instytucjach pracuje więcej przedstawicieli najsilniejszych państw, więc stanowią oni zarówno instrument wpływu, jak i ważne źródło informacji. Po drugie, starzy członkowie UE mają przećwiczoną komunikację z Komisją – wiedzą jakim językiem i jakimi argumentami się posługiwać, aby zrealizować swoje cele. Po trzecie, Komisja w negocjacjach z danym państwem nie abstrahuje od politycznego kontekstu. W tym przypadku istotnym czynnikiem osłabiającym pozycję Polski jest konfrontacyjna postawa rządu przejawiająca się w wielości obszaru sporu, a także nieustępliwością (do tego publicznie wyrażaną) oraz licznymi wypowiedziami lekceważącymi Komisję i jej kompetencje.

Powyższe czynniki powodują, że Komisja faktycznie jest bardzo krytyczna wobec PiS, czego potwierdzeniem jest choćby wskazanie w rekomendacjach konieczności przywrócenia w ustawie o KRS możliwości wyboru członków tej instytucji przez przedstawicieli środowiska sędziowskiego, mimo iż art. 187 ust. 1 Konstytucji RP  definiuje jedynie kto może zostać członkiem KRS, a nie kto wybiera jej członków. Wejście przez Komisję w rolę Trybunału Konstytucyjnego dużo bardziej od wypowiedzi wiceprzewodniczącego Komisji Fransa Timmermansa dowodzi braku dobrej woli ze strony Komisji.

Artykuł 7 szkodzi Unii Europejskiej

Opinia publiczna skoncentrowana jest na pytaniu czy Komisja miała podstawy do uruchomienia art. 7 wobec Polski. Pytaniem, które warto rozważyć na kanwie sporu Warszawy z Brukselą jest jednak sama zasadność wyposażania UE w kompetencje ingerencji w wewnętrzne sprawy państw członkowskich, które nie wpływają bezpośrednio na inne państwa. Stawiam tezę, że dla dobra samej UE, nie mówiąc już o państwach członkowskich, UE nie powinna obecnych kompetencji posiadać.

Oczywiście, na poziomie intelektualnym można dyskutować nad wyższością idei ponadnarodowej Europy, które polityczną reprezentacją jest quasi-sfederalizowana UE. Na poziomie praktyki politycznej występuje jeden zasadniczy problem, który unieważnia takie rozważania. Obywatele wszystkich bez wyjątku państw członkowskich na główne pytanie tożsamościowe „kim jesteś?” odpowiadają zgodnie z przynależnością państwową czy niekiedy regionalną, ale nigdy nie unijną. Dominacja lojalności wobec państwa powoduje, że oczekują oni od UE, aby uzupełniała państwa, a nie zastępowała je. Szczególnie negatywnie odbierana jest ingerencja w wewnętrzne sprawy, motywowana pobudkami aksjologicznymi.

Paradoksalnie najlepszym tego przykładem jest sprawa, która… stała się motywacją wpisania do Traktatów UE procedury naruszania praworządności. Bezprecedensowy kordon sanitarny państw UE wobec Austrii w czasie dokooptowania do rządu w 2000 r. konserwatywnego polityka Jeorga Heidera spowodował co prawda ustąpienie lidera Austriackiej Partii Wolności ze stanowiska lidera ugrupowania i wejścia do rządu, ale… jednocześnie zanotował on bezprecedensowy wzrost notowań wśród Austriaków. Podobny mechanizm działa również obecnie w Polsce, ale przykładów z innych państw jest znacznie więcej. Co prawda, najzagorzalsi przeciwnicy PiS cieszą się perspektywą sankcji wobec Polski, ale duża część wyborców, także niepopierających PiS, interpretuje działanie Komisji jako nieuzasadnioną ingerencję w wewnętrzne sprawy Polski. To na skutek dotychczasowych posunięć Komisji poparcie społeczne w sporze z KE ośmiela PiS do konfrontacyjnej postawy.

Propozycja pozbawienie UE kompetencji oceny respektowania określonych wartości jest więc obroną przede wszystkim dobrego wizerunku, ale też przyszłości samej UE. Dodajmy – odbyć mogłoby się to bez specjalnych kosztów.

Pozbawienie Komisji roli „nauczyciela” etyki nie będzie miało konsekwencji dla respektowania wartości w poszczególnych państwach, skoro jej dotychczasowe próby pouczania były zwyczajnie nieskuteczne.  

Należy podkreślić, że postulat „kroku wstecz” polegający na zrezygnowania z kompetencji Unii do oceny respektowania wartości w państwach członkowskich nie powinien wpływać na już rozpoczętą procedurę, która jest zgodna z unijnym prawem. Propozycja zmian traktatowych w tym obszarze nie powinna więc zwalniać obozu rządzącego z odpowiedzialności za zakończenie rozpoczętej przez Komisję procedury.

Kto jest sojusznikiem Polski?

Na obecnym etapie trudno prognozować, jaki będzie wynik ewentualnego głosowania w Radzie i jaki będzie rozkładów głosów. Dotychczas jedyną „twardą” deklaracją jest deklaracja Węgier o poparciu dla Polski. Warto podkreślić, że wynika ona nie tyle z sympatii dla naszego kraju, co z partykularnego interesu Budapesztu, który również był na cenzurowanym w UE i był rozpatrywany jako „kandydat” do uruchomienia art. 7. W przeciwieństwie do głosowania w sprawie przedłużenia kandydatury Tuska na szefa Rady Europejskiej, Orban tym bardziej będzie popierał Polskę, ponieważ asertywna postawa Warszawy w UE wzmacnia legitymizację polityki Węgier w UE (i vice versa). Na marginesie tego wątku warto postawić pytanie, czy bez deklarowanego od dawna poparcia Węgier PiS byłby skory do konfrontacji z Komisją.

Poza Węgrami żaden kraj nie przedstawił oficjalnego stanowiska w sprawie Polski z oczywistego powodu: nikt jeszcze wypracowanego stanowiska nie ma. Sprawa została niedawno przeniesiona z Komisji do Rady, więc dopiero teraz rozpoczynają się poważne rozmowy w państwach członkowskich. Kluczową niewiadomą jest postawa Niemiec.

Dotychczas Angela Merkel wypowiadała krytyczne komentarze na temat stanu praworządności w Polsce, ale to nie to samo co podniesienie ręki w czasie głosowania. Niewiadoma jest tym większa, że wciąż pod znakiem zapytania stoi konstelacja polityczna w Niemczech. Dopóki nie zostanie wybrany nowy rząd raczej nie powinniśmy się spodziewać się stanowiska. Jeśli koalicjantem CDU będzie SPD, to można przypuszczać, że postawa Niemiec będzie „twardsza”, bo socjaldemokraci będą najpewniej zwiększać presję na Merkel. Nie oznacza to, że rząd CDU-SPD automatycznie musi gwarantować, że Niemcy zagłosują przeciw Polsce. Być może w zamian za korzystne głosowanie dla Warszawy Berlin będzie chciał uzyskać „bardziej konstruktywną” postawę Polski w sprawach, w których dziś w Unii Niemcom bardzo zależy. Może to być na przykład cicha zgoda na Nord Stream 2 albo inna, podobna oferta. Jedno jest pewne: obszarów sporu polsko-niemieckiego w UE jest na tyle dużo, że Niemcy mają w czym wybierać.

Pokusa politycznego „dealu” jest tym większa, że bez niego Niemcy poza czystą satysfakcją z obrony europejskich wartości nic nie zyskują, a jedynie pogłębią niechęć nie tylko samego PiS-u, do czego już przywykli, ale także polskiego społeczeństwa, czego bardziej się obawiają.

Drugim kluczowym państwem jest Francja. Prezydent Macron z kilku powodów może chcieć wejść w rolę „złego policjanta”, nawet jeśli takiej roli nie przyjmie Merkel. Przede wszystkim interesy Francji i Polski są jeszcze bardziej rozbieżne niż interesy Polski i Niemiec. Paryż to główny orędownik zacieśnienia integracji europejskiej wokół strefy euro, w tym przesunięcia unijnych środków ze wschodu na południe Europy. Ponadto, Macron pozycjonuje się jako obrońca demokracji liberalnej i to nie tylko we Francji. Dlatego krytykował Polskę, zanim jeszcze został prezydentem. Przejęcie pałeczki od Komisji byłoby naturalnym dopełnieniem roli, jaką dotychczas chciał odgrywać. Wreszcie, nie bez znaczenia są słabe relacje polsko-francuskie po decyzji o zerwaniu kontraktu na Caracale. Należy jednak podkreślić, że podobnie jak w przypadku Berlina, także Paryż ma istotne interesy do ugrania z Polską. Przede wszystkim to chęć zdobycia dużych kontraktów na zakup sprzętu wojskowego. Nikt w Paryżu nie będzie pamiętał Caracali, jeśli rząd podejmie decyzję w kwestii zakupów francuskich łodzi podwodnych Parly. Zgoda polskiego rządu na zakupy może być jednak uwarunkowana ze strony Warszawy rezygnacją Francji z wejścia w rolę antypolskiego „podżegacza” na forum Rady.

Ewentualny brak poparcia Niemiec i Francji dla ukarania Polski w zasadzie skończyłby temat. Żadne inne państwa nie będą chciały brać na siebie roli głównego krytyka Polski z prostego powodu: nikt z tego tytułu nie osiągnie adekwatnych korzyści. Należy wątpić, czy w ogóle sprawa zostałaby wówczas poddana pod głosowanie.

Negatywny scenariusz rozmów z Niemcami i Francją nie będzie jednak oznaczać, że sprawa jest już przegrana. Zebranie sześciu państw (czyli nie licząc Węgier jeszcze pięciu) które nie będą chciały zagłosować przeciw Polsce, nawet mając przeciw sobie Francje i Niemcy nie jest zadaniem ponad siły polskiej dyplomacji. Trudno wskazać na dziś potencjalnych „pewniaków”, ale z pewnością z dużą rezerwą do kontynuacji mechanizmu z art. 7. będą podchodzić mniej znaczące kraje UE. Część z nich słusznie może zakładać, że stworzenie precedensu długofalowo będzie dla nich szkodliwe. W przyszłości art. 7. może bowiem służyć do dyscyplinowania małych państw. Jeśli więc presja na nie ze strony Niemiec i Francji nie będzie duża, sprawy mają szansę pójść po myśli polskiego rządu.

Jakie są możliwe konsekwencje art. 7 dla Polski?

Jak wspomnieliśmy na początku, brak osiągnięcia jednomyślności w Radzie Europejskiej co do stwierdzenia naruszenia wartości UE jest właściwie przesądzony. Nie oznacza to jednak, że uruchomienie procedury z art. 7. odbędzie się bez żadnych konsekwencji dla Polski.

Stawką w grze jest obecnie doprowadzenie do samego głosowania na posiedzeniu Rady nad ryzykiem naruszenia wartości Unii. Jeśli uda się zebrać 4/5 głosów, to Polska poniesie dotkliwe, choć niewymierne koszty. Przegłosowanie Polski byłoby bowiem kolejnym po sprawie „27:1” dowodem słabości pozycji naszego kraju w UE. Osiągnięcie tak zdecydowanej przewagi państw, które negatywnie oceniają postawę polskiego rządu, utrudni budowanie Polsce sojuszu w wielu istotnych kwestiach. Będzie tworzyć przekonanie o izolacji Warszawy i naszej nieumiejętności znalezienia sojuszników. Łatka „trouble makera” może nie przeszkadzać Polsce, ale przeszkodzi innym państwom, które nie będą chciały być oskarżane o współpracę z „antyeuropejskim” rządem. W innym wariancie za taką współpracę będą oczekiwały „wyższej stopy zwrotu”, który będzie rekompensował dyskomfort związany ze współpracą z państwem znajdującym się na cenzurowanym.

Próbkę tego mechanizmu oglądaliśmy już w czasie środkoeuropejskiego wyjazdu Macrona, który przekonał Słowaków i Czechów do poparcia dyrektywy o pracownikach delegowanych, używając argumentu „gracie z rdzeniem Europy czy jej pariasem?”.

Przyjmując negatywny scenariusz wydarzeń i osiągnięcie większości 4/5 głosów należy zapytać w jakich kwestiach niewymiernie obniżona pozycja Polski może przynieść wymiernie negatywne konsekwencje? Poniższa lista wskazuje tylko najważniejsze kwestie. Dodajmy, że do ich pomyślnego załatwienia potrzebujemy nie tylko poparcia określonej grupy państw, ale także unijnych instytucji z Komisją i Parlamentem na czele, które są najbardziej wrażliwe na punkcie respektowania unijnych wartości.

1. Dyskusja o pogłębieniu integracji UE

W ostatnim corocznym wystąpieniu o stanie UE przewodniczący Komisji Jean Claude Juncker wysunął propozycję „coraz bardziej zjednoczonej Unii”, za czym kryje się wzmocnienie m.in. frakcji unijnych kosztem partii narodowych oraz głosowania kwalifikowaną większością głosów (np. w sprawach zagranicznych) kosztem „demokracji międzyrządowej”, przy której obstaje Warszawa. W najbliższym czasie należy się spodziewać intensyfikacji dyskusji w tym temacie.

2. Dyskusja o strategicznych reformach strefy euro

W grudniu Komisja Europejska przedstawiła plan reformy wzmacniający strefę euro. Mimo, że więcej w nim ewolucji niż rewolucji, to nie jest przesądzone, że ostateczny kierunek może pójść w bardziej dla Polski niekorzystnym kierunku poprzez np. ograniczenia środków na wspólną politykę rolną i politykę strukturalną na rzecz wydatków związanych ze stabilnością makroekonomiczną strefy euro.

3. Nowy unijny budżet obowiązujący po 2020 roku

W najbliższym czasie zostanie rozpoczęty największy przetarg interesów w UE, czyli dyskusja nad wieloletnim budżetem Unii. Niestety, nasza pozycja wyjściowa jest bardzo słaba i wiele na to wskazuje, że to właśnie unijny budżet zostanie największa ofiarą wszczęcia procedury kontroli praworządności. Wynika to z kilku okoliczności. Po pierwsze, stawka w tej grze jest bardzo wysoka, więc państwa będą wykorzystywały cały arsenał środków, które zwiększają szansę powodzenia. Po drugie, sprzeczność interesów uczestników tej gry jest tutaj najsilniejsza. W przeciwieństwie do wielu innych spraw, gdzie można szukać różnych kompromisowych rozwiązań na zasadzie win-win, sprawa budżetu ma charakter właściwie „zero-jedynkowy”. Nie da się przydzielić tych samych pieniędzy do różnych podmiotów, a i środków do podziału będzie prawdopodobnie mniej, niż przed kilku laty. Po trzecie, o ile w przypadku nawet wprowadzenia sankcji kara dla Polski nie stanowi dla nikogo nagrody, to mocne okrojenie budżetu przeznaczonego dla Polski i rozdysponowanie go między kilka innych państw już jak najbardziej tak. Po czwarte wreszcie, w dyskursie unijnym środki z funduszu spójności są przedstawiane jako „nagroda” za „dobre sprawowanie”, czyli solidarność unijną. Łatwo będzie więc Polskę przedstawiać – nie tylko z powodu art. 7 ale całokształtu polityki w UE – jako kraj niesolidarny z innymi i z tego powodu nie zasługujący na takie wyrazy solidarności, jak wcześniej.

4. Wspólny rynek

Poza kwestiami ustrojowymi toczy się też obecnie debata na temat przyszłości wspólnego rynku. O ile od zawsze Komisja i Parlament wspierały znoszenie barier w przepływach osób, towarów, usług i pieniędzy, co było zbieżne z interesem Polski, o tyle w czasie kadencji Junckera coraz mocniej Komisja zaczyna godzić się na różne propozycje protekcjonistyczne, sprzyjające gospodarkom najsilniejszych państw. Za pomocą regulacji chcą one bronić konkurencyjności własnych gospodarek. Dyrektywa o pracownikach delegowanych sprzyjająca gospodarkom broniącym się przed konkurencją z państw Europy Środkowej nie kończy, a zaczyna dyskusję na ten temat. Silna pozycja Polski jest więc niezbędna, aby obronić swobodny przepływ usług, zatrzymać harmonizację podatkową czy ukształtować zasady handlu z państwami trzecimi (USA, Chiny) tak, aby sprzyjały naszej gospodarce.

5. Sankcje wobec Rosji

Należy pamiętać, że utrzymujące się po interwencji militarnej Rosji na Krymie i w Donbasie sankcje nie są automatycznie przedłużane, ale wymagają kolejnych decyzji Rady Europejskiej. To oznacza, że każdorazowo polska dyplomacja musi włożyć wysiłek, aby przekonywać państwa, domagające się zniesienia sankcji z uwagi na ich nieskuteczność. Co warto podkreślić, wśród państw najsilniej domagających się zniesienia sankcji są m.in. kraje naszego regionu – Czechy i Węgry.

6. Nord Stream 2

Ze względu na zwiększenie uzależnienia Unii od rosyjskich surowców Polska domaga się tak od Komisji, jak i państw członkowskich zablokowania tej inwestycji, a przynajmniej dostosowanie NS2 do wymogów prawa unijnego, co znacząco zmieni możliwość wykorzystania przez Rosję planowanego gazociągu. Obecnie toczy się ostry spór wokół prawnych kwestii, który dzieli nie tylko kraje członkowskie, ale także samą Komisję. Osłabienie pozycji Polski będzie osłabiać obóz przeciwników budowy nowej rury na dnie Bałtyku.

7. Energetyka

Nord Stream 2 nie wyczerpuje całości spraw z zakresu szeroko pojętego obszaru energetyki. Obecnie Polski rząd prowadzi intensywne negocjacje w wielu kluczowych dla polskiej gospodarki kwestiach i od przychylności Komisji będzie zależał ich końcowy rezultat. Przede wszystkim to trwająca od dwóch lat sprawa pomocy publicznej dla górnictwa. Od Komisji zależy akceptacja wsparcia rządu dla Polskiej Grupy Górniczej. Obecnie toczą się także finalne uzgodnienia kluczowych dla polityki energetycznej UE regulacji wchodzących w skład tzw. pakietu zimowego. Obejmuje on m.in. nowe zasady handlu emisjami CO2 czy kształt rynku energii.

Przed Trybunałem Sprawiedliwości będzie jeszcze trudniej

Poza powyższymi sprawami należy także wspomnieć o postępowaniach toczących się przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, który z przyczyn choćby solidarności zawodowej (choć oczywiście powodów jest więcej) nie ma motywacji do szukania łagodnych rozwiązań. Należy przypomnieć o tym, że postępowania przed TSUE za naruszenie unijnego prawa są rozstrzygane przez sędziów, a nie państwa członkowskie czy nawet Komisję., Ryzyko porażki jest bardzo duże, czego dowodem jest postanowienie Trybunału w sprawie Puszczy Białowieskiej karzące Polskę kwotą 100 000 euro dziennie w razie kontynuacji wycinki drzew.

Należy przypomnieć, że w sprawie naruszenia przez Polskę praworządności Komisja uruchomiła nie tylko mechanizm z art. 7, ale też wszczęła postępowanie z tytułu naruszenia prawa UE w wyniku przyjęcia przepisów regulujących wiek emerytalny w ustawie o ustroju sądów powszechnych. Naruszenie prawa ma polegać na dyskryminacji ze względu na płeć, ponieważ w ustawie wprowadzono różny wiek emerytalny dla kobiet (60 lat) i dla mężczyzn (65 lat), co jest sprzeczne z art. 157 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE) i dyrektywą 2006/54 w sprawie równości płci w dziedzinie zatrudnienia. Wyrok skazujący Polskę jest bardzo prawdopodobny, aczkolwiek w tej sprawie rząd ma większe pole manewru: wyrównanie wieku emerytalnego nie dotyka fundamentów reformy sądownictwa, a pozwoli uniknąć kar finansowych.

***

Powyższe sprawy dowodzą, że stawką w grze PiS z Komisją jest nie tylko wizerunek Polski, ale pomyślne rozstrzygnięcie wielu istotnych spraw będących obecnie tak na agendzie Rady Europejskiej, jak i występujących w bilateralnych stosunkach poszczególnych polskich instytucji z odpowiednimi instytucjami UE. Miejmy nadzieję, że uświadomienie wagi gry, jaką „dobra zmiana” rozpoczęła z Komisją, wpłynie na postawę nowego rządu. Dzisiaj musi się on skoncentrować przede wszystkim na relacjach z konkretnymi państwami, by zawalczyć o ich przychylną postawę w głosowaniu. Oby nie było za późno.

Podziel się artykułem:

Paweł Musiałek
Stały współpracownik jagielloński24. Członek zarządu Klubu Jagiellońskiego i koordynator zespołu energetycznego Centrum Analiz KJ. Prowadzi zajęcia dydaktyczne na Uniwersytecie Ekonomicznym i Uniwersytecie Jana Pawła II.

Napisaliśmy już 2178 tekstów

Robimy to dla Ciebie, zupełnie za darmo. Nie blokujemy treści, nie zakrywamy portalu banerami. Sami tego nie lubimy. Zamiast sprzedawać Twoje kliknięcia, stawiamy sprawę jasno: Potrzebujemy Twojego wsparcia, by utrzymać portal. Liczymy na Ciebie.

INNA KWOTA

Rosyjskie wybory to plebiscyt z jednym kandydatem oraz grupką statystów, którzy mają uwiarygodnić inscenizację.

Putin pójdzie tak daleko jak mu na to pozwolimy [ROZMOWA]

Putin pójdzie tak daleko jak mu na to pozwolimy [ROZMOWA]

Adam Eberhardt

Przypomina to okres zimnej wojny, kiedy dwa rywalizujące mocarstwa nie mogły zaatakować się wzajemnie ze względu na ryzyko konfliktu nuklearnego i zamiast tego toczyły wojny zastępcze.

Kolejny bombowy kwiecień. O amerykańskim ataku na Syrię

Kolejny bombowy kwiecień. O amerykańskim ataku na Syrię

Andrzej Kohut

Głosowanie rodzinne można bronić zarówno z pozycji zwolenników demokracji liberalnej, jak i orędowników jej republikańskiej korekty.

Więcej demokracji zamiast „rządów starców”. O co naprawdę chodzi w głosowaniu rodzinnym?

Więcej demokracji zamiast „rządów starców”. O co naprawdę chodzi w głosowaniu rodzinnym?

Piotr Trudnowski
Następny artykuł:

Eksperyment nowosądecki. Rozwój Polski nie musi się kręcić wokół Warszawy

Eksperyment nowosądecki. Rozwój Polski nie musi się kręcić wokół Warszawy